Szkodzenie wydawcom, a szkodzenie prasie

Prawo to zaiste skomplikowana dziedzina. Szczególnie jak się jest w miarę świeżo po studiach i w głowie siedzą wszystkie teorie wykładni prawa, teorie prawa, różnorakie doktryny, to czasem można mieć poważne wątpliwości czym to prawo tak naprawdę jest. Jednak nawet jeśli praktyka te wątpliwości trochę prostuje (albo raczej: upraszcza), to rzadko kiedy jest tak, że ma się 100% pewność do jakiegoś rozwiązania. Szczególnym przypadkiem są tutaj sprawy związane z własnością intelektualną, gdyż – już jako sama dyscyplina – nie ma zbyt długiej historii, a jeszcze w takim kraju jak Polska prawdziwie raczkuje, przede wszystkim z braku wystarczająco bogatego orzecznictwa.

Wiem, że ten wstęp jest lekko przydługi, ale jeszcze dwa zdania i przejdę do meritum. Otóż, czasem przepisy są tak napisane, że nic z nich rozeznać się nie da (ostatnim moim faworytem – acz nie z kręgu IP – jest art. 22 ustawy o rehabilitacji zawodowej), czasem pomimo oczywistej jasności na poziomie wykładni językowej sąd przechodzi z niewiadomych przyczyn do odmiennej interpretacji na poziomie wykładni celowościowej, czy innej. Itp., itd. Generalnie więc, nie zawsze warto wypowiadać kategoryczne oświadczenia, co do rozumienia jakiegoś przepisu (jeśli oczywiście sprawa nie dotyczy naszych interesów. Lub naszego klienta;)

Tymczasem nie tak dawno, w Rzeczpospolitej ukazał się artykuł pt. Handel tekstami prasowymi szkodzi wydawcom. Sprawa dotyczy generalnie problemu firm kopiujących artykuły prasowe i odsprzedających je klientom, a które też jednocześnie nie płacą za to wydawcom (w artykule pojawia się termin „digitalny press clipping” – ale nie wiem czy jest to właściwe określenie). Firmy bronią się art. 30 prawa autorskiego, a wydawcy zarzucają niezgodność z prawem WE i art. 35 prawa autorskiego. Mamy więc klasyczny spór, nawet całkiem ciekawy, bo w grę wchodzić może na dobrą sprawę nawet ETS. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby redakcja Rzepy zacytowała tylko argumenty każdej ze stron, ewentualnie opinii ekspertów i przytoczyła niezbędne przepisy.

Niestety autor tekstu – Pan Sławomir Wikariat – idzie o krok dalej. Bo to, że cytowany w tekście Pan Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy mówi, że „Trudno to [opisywany proceder – GJP] nazwać inaczej niż kradzieżą” mnie już jakoś nie dziwi, acz wciąż jeszcze trochę śmieszy (bo to obecnie jest najlepszy argument, żeby każde, nawet najbardziej wątpliwie domniemane naruszenie własnych praw nazywać kradzieżą). Ale dlaczego dziennikarz Rzeczpospolitej stawia się w tej samej roli? – to już ciężko mi pojąć. Sam tytuł artykułu już dość mocno inklinuje złe działania owych firm kopiujących artykuły. Skoro coś komuś szkodzi, to musi to być złe i naganne. Dalej jest jednak teoretycznie lepiej. Najpierw mowa jest o możliwym precedensowym wyroku (a więc nie oczywistym chyba), potem przytaczane argumenty za i przeciw. Na końcu pojawiają się jednak dwa passusy, które łącznie z tytułem zamykają artykuł w pewną klamrę, nadając mu jednoznaczne przesłanie. Przedostatni akapit rozpoczęty jest od zdania: „Są jednak firmy, które świadczą opisywane usługi z poszanowaniem praw autorskich”. A więc inne nie niepodważalnie nie szanują praw autorskich, choć żaden sąd jeszcze tego nie potwierdził. Jedno z ostatnich zdań brzmi zaś: „Problem w tym, że klientów najczęściej nie interesuje, czy dostawca artykułów działa legalnie”. To oczywiście prawda, ale też jasno suponuje, że ci, którzy nie płacą wydawcom działają nielegalnie (choć ciągle nie dowiadujemy się, że takie działania faktycznie nie mieszczą się w zakresie dozwolonego użytku).

No cóż, jakoś mi się to po prostu średnio podoba. Wiem, że jest teraz tendencja taka, że najważniejsze są prawa autorskie, a dozwolony użytek w ogóle nie powinien funkcjonować, a już najważniejsze z praw autorskich są prawa wydawców. Nie byłoby problemu, gdyby to jeszcze napisał jakiś komentator. Ale jednak Pan Sławomir Wikariat jest dziennikarzem Rzeczpospolitej i tym samym wypowiada się w jej imieniu. Nie wiem, czy jest to do końca prawidłowe. Tym bardziej jeszcze, że skoro autor przedstawia m.in. sprawę związaną z owym „precedensowym” wyrokiem, to stawiając cytowane tezy, w jakiś sposób przesądza o wyniku tego sporu, przed rozstrzygnięciem sądu I instancji. To jest też swoją drogą chyba naruszenie art. 13 ust. 1 prawa prasowego, a także dziennikarskiego kodeksu obyczajowego.

« »