Potrzeba czegoś więcej

Problem z wizerunkiem sportowców jest dość ciekawy, bo wchodzi w zakres większości zagadnień, które interesuję mnie i Czytelników niniejszego bloga. Sam wizerunek to prawo autorskie, ale zaraz prawo reklamy i promocji, w tym wszystkim komercjalizacja owego wizerunku, a na stroju kadrowicza znaki towarowe itd, itp. Ale same te ciekawostki nie byłyby tak fajne, gdyby nasz ukochany ustawodawca nie zechciał nam urozmaicać życia.

Oto bowiem mamy taki kwiatek jak art. 33 ustawy z dnia 29 lipca 2005r. o sporcie kwalifikowanym, gdzie stoi następujące zdanie:

Członek kadry narodowej udostępnia, na zasadach wyłączności, swój wizerunek w stroju reprezentacji kraju polskiemu związkowi sportowemu, który jest uprawniony do wykorzystania tego wizerunku do swoich celów gospodarczych w zakresie wyznaczonym przez regulaminy tego związku lub międzynarodowej organizacji sportowej działającej w danej dyscyplinie sportu

Przepis ten jest dość powszechnie krytykowany, ostatnio przez polecanego przeze mnie bardzo Pana Damiana Flisaka (por. wpisy o nowym pojęciu utworu albo o ghostwritingu). Niestety sądy mają do tego – jak się wydaje nieco odmienne podejście. Wspomniany Pan Damian w tekście w niedawnej Rzepie pt. „Zgoda kadrowicza na rozpowszechnianie wizerunku” pisze tak:

„obecnie sądy reprezentują korzystną dla związków interpretację spornego przepisu, uznając istnienie prawa do wykorzystywania wizerunku członka kadry narodowej do celów reklamowych bez potrzeby wyrażenia przez niego zgody (wyrok SA w Warszawie z 3 lipca 2008 r., VI ACa 1620/2007). W ten sposób legitymizuje się sytuację kompletnej utraty kontroli zawodnika nad losem jego wizerunku, mimo że paradoksalnie jest on par excellence emanacją jego osoby”.

Problem jednak w tym, że obrona jakiej podejmuje się ww. Autor odnośnie zdania odmiennego jest wg mnie nieco nietrafiona. Oto bowiem, przy odwołaniu głównie do sfery ekonomicznej, pada kilka następujących zdań:

„W prawie istnieje wiele obszarów o zachwianej równowadze kontraktujących podmiotów (np. prawo pracy, prawo konsumenckie czy prawo autorskie). W takiej sytuacji ustawodawca świadomie wspiera przepisami ustawowymi grupę podmiotów o hipotetycznie słabszej pozycji negocjacyjnej (w określonej powyżej kolejności: pracowników, konsumentów, twórców). W każdym wypadku są to podmioty indywidualne, z oczywistych względów słabiej wyposażone w środki finansowe, techniczne czy organizacyjne. Tym razem ustawodawca doszedł do odmiennego wniosku. Za słabszych uznał profesjonalnie działające związki sportowe. Pominięty został zupełnie interes zawodników, którzy przecież w zdecydowanej większości dyscyplin sportowych nie czerpią lukratywnych dochodów ze swoich osiągnięć”.

Hmmm….. Nie byłbym sobą, gdyby się tak łatwo z tym zgodził. Po pierwsze odwołanie się do praw autorskiego jako tego które ma chornić twórcę, jest dziś dość naiwne. Prawo autorskie chroni dziś wydawcę i ozz’ty, natomiast twórcę najchętniej by ignorował, co może prześledzić każdy, kto obesrwuje różnorodne boje niestrudzonego VaGli. Oczywiście trochę to przeinaczam specjalnie, ale myślę że jest to nie mniejsza „demagogia” niż ta którą stosuje Pan Damian.

Po drugie, choć to już może bardziej subiektywne stanowisko, nie uważam iż najlepszym rozwiązaniem jest próba tworzenia prawa, które ma „wspierać” jakąś słabszą stronę. Klasycznym przykładem jest tu prawo pracy, które – gdyby podążać tą drogą – traktuje pracowników jako pół-inteligentów, albo nawet ćwierć-inteligentów, którzy z niczym sobie nie radzą. Dla liberała jest to zasadniczo nie do przyjęcia. Po co zresztą rozszerzać tę dziwną sferę na inne gałęzie prawa, w tym prawo sportowe? I to niezależnie od tego czy zechcemy uznawać za niedołężnych sportowców, czy związki sportowe.

Po trzecie wreszcie, kontynuując niejako drugi argument, stwierdzenie, że to zawodnik jest słabszą stroną, a związek sportowy mocniejszą, lepiej zorganizowaną i przygotowaną, jest twierdzeniem mocno na wyrost. Przywołany zresztą w tekście w Rzeczpospolitej casus braci Ligockich pasuje tutaj doskonale dla zobrazowania problemu, pomijając fakt, że jest to związek i dyscyplina mi najbliższa z różnych względów.

Jakim bowiem sposobem lekarz, zajmujący się odpowiedzialnością zawodową ma być przygotowany do sprawnego zarządzania zawodnikami i majątkiem? Zresztą wcześniejszy zarząd, choć teoretycznie lepiej przygotowany też nie miał specjalnych sukcesów. A co z samym majątkiem? Wystarczy sobie przeczytać propozycje jakie PZS skierował do snowboardzistów i to jak sprawa ostatecznie została zakończona. A jak w tym wszystkim wyglądają sami zawodnicy? No luksus na miarę warunków amerykańskich to to nie jest, ale też stwierdzenie, że „nie czerpią oni lukratywnych dochodów ze swych osiągnięć” nie byłoby prawdziwe.

Ale jeszcze raz na koniec, ja w pełni zgadzam się z Autorem, że przepis, a dodatkowo i jego interpretacja są bzdurne, a zawodnik winien mieć pełną swobodę w dysponowaniu swoim wizerunkiem. Ale przywołane w tekście argumenty nie tylko mnie nie przekonują, nie tylko – jak starałem się wykazać powyżej – można je dość łatwo obalić, ale też tworzą niebezpieczny trend, w ramach któego istnieje jakaś nieznan mi chęć usilnego wspomagania „słabszych”. Problem w tym, że nie do końca wiemy kto jest słabszy, a to może doprowadzić do bardzo poważnych konsekwencji. Dlatego chciałbym przeczytać jakieś inne uzasadnienie krytycznego komentarza do art. 33 cytowanej ustawy i mam nadzieję, że Pan Damian musiał się po prostu zmieścić w krótkim tekście w gazecie codziennej. A na coś więcej (patrz tytuł) ja będę czekał;)

Dla żądnych wiedzy:

przebieg procesu legislacyjnego ustawy o sporcie kwalifikowanym

uzasadnienie projektu ustawy

uchwała Senatu proponująca zmianę art. 33

f

« »