Niewola wypowiedzi oraz wolność naśladownictwa

Tytuł jest oczywiście przekorny, ale od razu dodam, że nie do końca zgodny z treścią dwóch spraw, które poniżej krótko opisuję. No może nieco bardziej jest trafne do pierwszej części, druga zaś jest wynikiem dziesiącominutowego wysiłku intelektualnego pt. „ w jaki tytuł nadać postowi, który dotyczy dwóch całkowicie niezwiązanych ze sobą spraw?” Wiem, że mogłem to opisać w dwóch różnych wpisach, ale w końcu doszedłem do wniosku, że choć to nie jest najlepszy wynik poszukiwań umysłu, to może jest chociaż kontrowersyjny, to i uwagę przykuje;)

A o co chodzi? Zacznę od tej drugiej sprawy, a właściwie jej fragmentu. Oto bowiem, w dzisiejszej Rzeczpospolitej ukazała się relacja Pani Izabeli Lewandowskiej z postępowania wytoczonego przez producenta długopisów o nazwie Dream spółce Kania Privat Equity sp. z o.o., która prowadził import z Chin i dystrybucję w Polsce długopisów reklamowych o handlowej nazwie Mexico (Importer zapłaci za sprzedaż podróbek. Zdaniem tego pierwszego, produkty miały taki sam kształt i zastosowanie jak wyroby polskiego importera, co oczywiście spowodowało skierowanie sprawy na drogę sądową.

Sąd I instancji uznał, że spółka nie jest producentem, nie może więc odpowiadać na podstawie art. 13 uznk, jednak odmiennego zdania był sąd II instancji. OStatecznie jednak nie zgodził się z tym jednak (całkowicie słusznie) Sąd Najwyższy. Jak miałą stwierdzić cytowana przez Rzepę sędzia Teresa Bielska-Sobkowicz:


Czyny nieuczciwej konkurencji (…) przewidziane w tym przepisie [art. 13 uznk – przyp. GJP] dotyczą producenta. Pozwana spółka jako dystrybutor kwestionowanych produktów mogłaby dopuścić się takiego czynu, gdyby długopis przez nią oferowany był podróbką, gdyby o tym wiedziała i z tego świadomie skorzystała, wprowadzając go na rynek (art. 422 kodeksu cywilnego).

Jeśli ktoś chce jeszcze dowiedzieć się co SN myśli o możliwości dochodzenia odszkodowania przez producenta w postaci równowartości rabatów, jakich musiał udzielić producent odbiorcom swoich długopisów, by się utrzymać na rynku – odsyłam do źródła. Najlepiej do samego uzasadnienia, ale jak na razie w sieci nic nie ma prócz przywołanego artykułu.

* * *

Drugi spór, jak wskazałem jest całkowicie odrębny. I co więcej zakończył się już jakiś czas temu. Chodzi o spór jaki Adam Michnik wytoczył Andrzejowi Zybertowiczowi. Zakończył się on 15 października br., kiedy to Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał, iż słowa: „Michnik wielokrotnie powtarzał: Ja tyle lat siedziałem w więzieniu, to teraz mam rację” nie są parafrazą (jak chciał socjolog/publicysta), ale informacją (jak twierdził naczelny Gazety Wyborczej) i co więcej informacją nieprawdziwą i naruszającą dobra osobiste powoda.

Informacje o tym procesie można znaleźć na stronach GW, czy też samego prof. Zybertowczia. Odsyłam szczególnie do tej ostatniej strony, gdyż można tam znaleźć wiele pism (niestety części nie da się otworzyć) z procesu, więc każdy może sobie wyrobić swoje zdanie na większej ilości danych, niż krótkie informacje prasowe.

Z tym orzeczeniem SA w Warszawie nie mogę się jednak zgodzić. To nie jest ani glosa, ani jakiś wyczerpujący komentarz, ale poniżej przedstawiam kilka luźnych raczej uwag, które składają się na moje wątpliwości:


„rozróżnienie co do faktów oraz ocen ma charakter typologiczny. W praktyce bowiem występują najczęściej wypowiedzi krytyczne o właściwościach „mieszanych”, tj. charakteryzujące się różnym stopniem natężenia oceny osoby krytykowanej i/lub jej postępowania, a zarazem różnym stopniem odniesienia do faktów dotyczących tej osoby i jej postępowania. Każda ocena zawiera w swojej treści jakiś punkt łączności z faktami, toteż kwalifikacja wypowiedzi jako oceny lub stwierdzenia faktu nasuwa niejednokrotnie poważne trudności. O kwalifikacji tej powinno decydować ustalenie stopnia natężenia w wypowiedzi krytycznej elementów oceniających, przy czym użyteczne jest posługiwanie się wzorcem przeciętnego odbiorcy w celu rozstrzygnięcia pytania, czy dana wypowiedź ma z punktu widzenia takiego odbiorcy przynajmniej w części charakter sprawdzalnego stwierdzenia faktów, czy też w jej treści przeważają subiektywne oceny” (wyrok SA w Krakowie z dnia 12 stycznia 1994r.)

– pytanie czy to rozróżnienie jest faktycznie ostateczne. Moim zdaniem zasadnie można przyjąć, że pewna, charakterystyczna dla publicystki przesada, parafraza, skrótowość, pozostawianie pewnych domysłów, jeśli nawet nie statuuje czegoś pomiędzy „faktem” a „oceną” to jednak zbliża zdecydowanie do tej drugiej. Zresztą nie zapominajmy, że ten przeciętny odbiorca, to odbiorca racjonalny:


interpretację sensu wypowiedzi ma dokonywać „racjonalnie oceniający czytelnik” (wyrok SA w Krakowie z dnia 10 czerwca 1992r.)

– czy taki czytelnik nie wie co to jest parafraza? Wreszcie na koniec, wypowiedzi w debacie publicznej są niesłychanie ważne. To dla nich ma głównej mierze działać ochrona wolności wypowiedzi. Jeśli więc nawet uznać, że zdanie Zybertowicza było informacją i to nawet nieprawdziwą, to warto zastosować jeszcze jeden „pomysł” prof. Gawlika (tu nieco dłuższy fragment):


„zakres ochrony dóbr osobistych jest wyznaczony w przepisach prawnych w sposób «otwarty», odsyłający do ocen sędziowskich na tle okoliczności konkretnego sporu. Decyduje o tym przede wszystkim to, że bezprawność naruszenia dóbr osobistych należy oceniać nie tylko na podstawie norm postępowania wysłowionych w przepisach prawnych, ale także na podstawie zasad współżycia społecznego. Kwalifikacja zachowania sprawcy naruszenia jako dozwolonej albo bezprawnej ingerencji w cudze dobro osobiste wymaga: a) ustalenia doniosłych dla rozstrzygnięcia sporu i zasługujących na ochronę interesów stron, b) zestawienia względnej wagi konkurencyjnych interesów i c) sformułowania na tej podstawie reguły rozstrzygnięcia, preferującej interesy jednej ze stron sporu (…)W wypadku naruszenia czci (dobrego imienia) w wypowiedzi parlamentarnej dla ustalenia zakresu jej ochrony doniosłe są modalne cechy zachowania się sprawcy naruszenia. Ocena bezprawności naruszenia czci jest uzasadniona wtedy, gdy sprawca naruszenia działał w sposób zawiniony, tj. bądź wiedział, że podnoszony zarzut jest nieprawdziwy, bądź też mógł – przy dołożeniu zwykłej staranności – dowiedzieć się o nieprawdziwości tego zarzutu” (wyrok SA w Krakowie z dnia 2 marca 1994r.).

Jeśli więc, w ostateczności, pozwany stosując swój „skrót myślowy” opierał się na znanych mu wypowiedziach, które wielu obserwatorów, w tym dziennikarzy i naukowców tak właśnie odbiera to trudno tu zarzucić jakieś zawinione działanie (bezprawność subietyniwe „zabarwioną”).

Do tego dochodzi praktyka dziennikarzy i – ba! – samego Adama Michnika, którzy identycznymi niemal parafrazami się posługują.

Zastrzegam w tym miejscu, że powyższa ocena jest dokonana na podstawie wskazanych przeze mnie źródeł li tylko. Nie znam wszystkich pism procesowych, a zwłaszcza nie znam dokładnych motywów sądu apelacyjnego. Niemniej jednak nie sądzę, by moja ocena się zmieniła i uważam, że sędzia Wanda Lasocka, oddalając apelację, być może wbrew własnym intencjom, stwierdzając „Rozstrzygnięcie to nie służy temu, aby przyznać rację którejkolwiek ze stron w sporze politycznym czy publicystycznym. Rozpatrujemy spór na płaszczyźnie prawa” tak naprawdę pomyliła się. De facto bowiem rozstrzygnęła spór publicystyczny i ta droga może prowadzić rzeczywiście do niepewności w pisaniu opinii, felietonów i komentarzy i ostatecznie doprowadzić do bardzo poważnego ograniczenia swobody wypowiedzi.

Jeszcze jedno zastrzeżenie muszę niestety dodać (takie mamy czasy, że boję się, że mnie uznają za troglodytę z PIS’u i obrońcę IV RP) – nie jestem fanem Pana Zybertowicza, nie jestem członkiem PIS, nie jestem zwolennikiem Kaczyńskiego itd. Powyższy tekst nie został napisany na żadne potrzeby partyjne, ani tym bardziej nie mam zamiaru dezawuować osoby Adama Michnika.

« »