Jeszcze o dyrektywie i trochę o przeciętnym głupku…

Miałem chyba jakieś przeczucie, że 2 stycznia wrzuciłem post o Dyrektywę 2006/114/EC, a szczególności zaś umieściłem tamże uwagi na temat Dyrektywy 2005/29/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 11 maja 2005r. dotycząca nieuczciwych praktyk handlowych. Oto bowiem następnego dnia, Rzepa na pierwszej stronie dodatku „Prawo co dnia”, zamieściła artykuł Reklamy nie będą mogły oszukiwać kupujących, autorstwa Michała Kosiarskiego i Mateusza Rzemka.

Miałem chyba jakieś przeczucie, że 2 stycznia wrzuciłem post o Dyrektywę 2006/114/EC, a szczególności zaś umieściłem tamże uwagi na temat Dyrektywy 2005/29/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 11 maja 2005r. dotycząca nieuczciwych praktyk handlowych. Oto bowiem następnego dnia, Rzepa na pierwszej stronie dodatku „Prawo co dnia”, zamieściła artykuł Reklamy nie będą mogły oszukiwać kupujących, autorstwa Michała Kosiarskiego i Mateusza Rzemka.
Artykuł można sobie jeszcze przez kilka dni poczytać za darmo, więc odsyłam zainteresowanych. Chciałbym jednak się tutaj skupić na jednym zagadnieniu. Oto bowiem, pod tekstem znajduje się komentarz prof. Ewy Nowińskiej, która zwraca uwagę na dwie kwestie.
Po pierwsze, Pani profesor wskazuje celną uwagę, iż

Nowe przepisy, które w zamyśle mają lepiej chronić konsumenta, paradoksalnie stawiają mu wyższe niż dotychczas wymagania. Ustawa rozwinie bowiem parasol ochronny nad osobą, która zgodnie z dyrektywą Unii Europejskiej jest wyedukowana i rozumie informacje, jakie przekazuje mu przedsiębiorca. Tak więc nie ma co liczyć na to, że z umów oferowanych klientom znikną treści pisane drobnym drukiem. Stały się już one obyczajem rynkowym i każdy powinien wiedzieć, że właśnie tę część umowy trzeba najuważniej przeczytać

Tak rzeczywiście i dokładnie jest. Zresztą expressis verbis stanowi o tym pkt 18 preambuły do tej dyrektywy:

Właściwe jest zapewnienie wszystkim konsumentom ochrony przed nieuczciwymi praktykami handlowymi; jednakże od czasu wejścia w życie dyrektywy 84/450/EWG Trybunał Sprawiedliwości przy orzekaniu w sprawach dotyczących reklamy uznał za konieczne badanie jej wpływu na hipotetycznego typowego konsumenta. Zgodnie z zasadą proporcjonalności oraz w celu umożliwienia skutecznego stosowania środków ochrony zawartych w niniejszej dyrektywie, za punkt odniesienia uznaje ona przeciętnego konsumenta, który jest dostatecznie dobrze poinformowany oraz dostatecznie uważny i ostrożny, z uwzględnieniem czynników społecznych, kulturowych i językowych, zgodnie z wykładnią Trybunału Sprawiedliwości

Ten sam punkt dodaje jeszcze w dalszej części, że:

jednak zawiera ona również przepisy mające na celu zapobieganie wykorzystywaniu konsumentów, których cechy czynią ich szczególnie podatnymi na nieuczciwe praktyki handlowe. W przypadku gdy określona praktyka handlowa przeznaczona jest dla szczególnej grupy konsumentów, jak np. dzieci, oddziaływanie tej praktyki należy ocenić z perspektywy przeciętnego członka tej grupy. Dlatego też wskazane jest dodanie do wykazu praktyk, które są nieuczciwe w każdych okolicznościach, przepisu, który nie wprowadzając całkowitego zakazu reklamy skierowanej do dzieci, chroni je przed bezpośrednimi namowami do dokonania zakupu. Test przeciętnego konsumenta nie jest przy tym testem statystycznym. W celu ustalenia typowej reakcji przeciętnego konsumenta w danym przypadku krajowe sądy i organy administracyjne będą musiały polegać na własnej umiejętności oceny, z uwzględnieniem orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości.

Drugą ciekawą rzeczą, na którą zwraca uwagę prof. Nowińska, jest końcówka wyżej zacytowanego zdania o mierniku przeciętnego konsumenta. W nawiasie bowiem znajduje się uwaga, iż

(chyba że sądy przyjmą inny model polskiego konsumenta, dostosowany do warunków krajowych)

Zwracam na to uwagę, bo pamiętam jak na seminarium magisterskim, Pani profesor wspominała o swoim stanowisku na ten temat. Otóż, uważała ona, że „ten przeciętny głupek” musi być inaczej oceniany u nas, a inaczej w Unii. UE bowiem, od dawna miała w swoim porządku prawnym różnorakie przepisy i instytucje chroniące konsumenta, wiele akcji informujących o prawach, zupełnie inną sytuację gospodarczą itd. Natomiast u nas tego wszystkiego brak, i dopiero od niedawna jest inaczej. No cóż. Jakkolwiek Pani profesor jest moim oczywistym wzorem i wielkim autorytetem, to do tego nie mogłem się raczej przekonać. Zresztą sądy w Polsce raczej też nie przyjmują takiej wcale interpretacji. Jedynym ustępstwem może być moim zdaniem to, że badając pewne stany faktyczne z początku lat 90-tych, może do połowy, możnaby stosować inne, bardziej łagodne dla nas kryterium, ale raczej już nie dziś. Zresztą w dzisiejszej Rzeczpospolitej w sprawozdaniu Izabeli Lewandowskiej, z przebiegu postępowania w sprawie Kucharek vs Vegeta, znalazło się takie oto zdanie Sądu Najwyższego (sygn.V CSK 311/06):

Opakowanie Kucharka nasuwa skojarzenie z Vegetą – mówiła sędzia Maria Grzelka. – Jednakże przeciętny uważny konsument, choć w 1994 r. był mniej rozważny niż dziś, nie mógł nie zauważyć, ze względu na wyraźne napisy z nazwą producentów, że producent Kucharka jest inny niż Vegety.

A więc kiedyś, może był inny pułap oceny, dziś raczej na pewno już nie. Ale pokazuje to zdanie, można podyskutować, a można też ewentualnie gdzieś wykorzystać;)

« »