Ghostwriting – możliwe? dopuszczalne? czy zabronione?

Nie tak dawno ukazał się specjalny dodatek PPH. Jest on poświęcony tylko i wyłącznie zagadnieniom dotyczącym własności intelektualnej. Łącznie jest tam … artykułów, z których – niestety, moim zdaniem – wartych przeczytania jest ledwie kilka. Większość z nich, przynajmniej takie mam wrażenie, jest raczej wtórna. W tym miejscu chciałbym się skupić jednak na tym, co według mnie, warto polecić. I tak, najbardziej wartościowe są chyba prace Piotrka Wasilewskiego i Pana Damiana Flisaka.

Od razu przyznaje na początku, co zresztą pewnie część PT Czytelników i tak wie, że Piotrka darzę ogromną sympatią i bardzo cenię sobie znajomość z nim, nie tylko na stopie naukowo-zawodowej. Dlatego też, może jego artykuł, przynajmniej na razie pominę, żeby całkiem o kumoterstwo posądzonym nie zostać.

Pozostaje więc Pan Damian Flisak, którego wprawdzie osobiście nie znam, ale na łamach niniejszego bloga zagościł już raz w jedynym z moich opisów, zresztą bardzo życzliwych, wręcz chwalących. Tym razem będzie chyba niespecjalnie inaczej

Pan Damian Flisak zajął się po pierwsze problemem u nas niezbyt obecnym, który sam nazywa wręcz tematem tabu („Ghostwriting na tle zasad prawa autorskiego”, PPH 2007/13, s. 18 i n.). Jak podaje bowiem „Po wpisaniu słowa „ghostwriting” wyszukiwarka google wykazuje na stronach polskojęzycznych ledwie około 650 wyników, podczas gdy na niemieckich stronach – niemal 75.000 (stan na dzień 7.01.2008 r.)”. Sprawdziłem dziś i faktycznie, nie było wiele więcej, bo tylko 759 jakkolwiek trzeba pamiętać, że tabu to to do końca nie jest, skoro są nawet strony takie jak ta, które wprost reklamują ghostwriting. Tak czy inaczej, tabu, czy nie tabu, temat raczej cichy. I za to pierwszy plus.

Kolejny plus należy się zaś za podjęcie tematu, z którym nawet najwybitniejsi mistrzowie nie bardzo sobie chyba radzą. Bo oto, jeśli spojrzymy np. do najczęściej cytowanego chyba i używanego komentarza do prawa autorskiego J. Barta i R. Markiewicz podają, że ”Umowy dotyczące rezultatów takiej pracy [pracy ghostwriter’ów – przyp. GJP] – chyba jedynie z wyjątkiem mów polityków, ze względu na utrwaloną praktykę – są nieważne. Toteż jest czynem bezprawnym, pomimo zawarcia odpowiedniej umowy z ghostwriter’em, opublikowanie utworu, którego jest on wyłącznym autorem lub współautorem, ze wskazaniem jako autora wyłącznie drugiej strony umowy” (J. Barta, R. Markiewicz [w:] J. Barta, M. Czajkowska-Dąbrowska, Z. Ćwiąkalski, R. Markiewicz, E. Traple, Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Komentarz, Warszawa 2003, s. 219).

Pomijam, że to stanowisko jest o tyle dziwne, że wewnętrznie niespójne (dlaczego akurat tylko mowy polityków są ok, a inne rzeczy nie). Ciekawsze jest bowiem, że ci sami autorzy w innych publikacjach jeszcze bardziej potrafią rozciągnąć powyższe twierdzenia. Przykładowo, w pracy pt. „Autorskoprawne problemy prac magisterskich i doktorskich” (opublikowanej w Księdze pamiątkowej ku czci profesora Janusza Szwaji, Prace Instytutu Prawa Własności Intelektualnej UJ, Kraków 2004, s. 107 i nast.; zmodyfikowaną wersję tego artykułu można znaleźć w na stronach www.cyf-kr.edu.pl, podają, że „Tam jednak, gdzie współautorstwo promotora ma w odniesieniu do całości pracy charakter marginesowy, należy zaakceptować praktykę jego nieoznaczania. Prowadzi to do swoistej, częściowej legalizacji koncepcji ghostwritera w sferze omawianych prac”.

W takim stanie rzeczy trudno więc jednoznacznie odpowiedzieć, czy ghostwriting jest dopuszczalny, czy nie. Dlatego Pan Damian Flisak podjął się bardzo trudnego zadania. Czy z powodzeniem?

Wydaje mi się, że tak. Autor bowiem oczywiście ładnie przedstawia samo zjawisko i opisuje charakterystykę ghostwriting’u. Rozprawia się też z zarzutami pod jego adresem. Przede wszystkim odrzuca argumenty przeciwników w zakresie zarzutów co do – ich zdaniem – niedozwolonych klauzul umów ghostwriting’owych, tj. zobowiązania do rezygnacji z czynienia użytku z prawa do oznaczenia utworu oraz zobowiązania do zachowania dyskrecji na temat autorstwa utworu. Ale szczerze mówiąc te dwie akurat klauzule najmniej chyba stwarzając problemów. Najważniejsza i najtrudniejsza jest bowiem kwestia zobowiązania do tolerowania oznaczenia własnego utworu jako cudzy.

I tu najciekawsze wydają mi się rozważania o kryzysie. Kryzysie praw autorskich oczywiście (z innych kryzysów polecam przy okazji kryzysfoto znajomych). I tu pozwolę sobie wkleić dwa nieco dłuższe fragmenty artykułu (przypisów nie przywołuję):

Porządek prawnoautorski w Polsce osadzony jest bardzo mocno w kontynentalnym i tradycyjnie proautorsko zorientowanym systemie droit d’auteur, który – uznając prymat prawa naturalnego – postrzega prawa autorskie jako uprawnienia przysługujące twórcy z samego faktu stworzenia dzieła. Środkiem służącym realizacji tego celu jest wyeksponowanie funkcji alimentacyjnej prawa autorskiego poprzez dążenie do zabezpieczenia na rzecz autora korzyści materialnych płynących z eksploatacji dzieła przy jednoczesnym, niezwykle silnym zaakcentowaniu ochrony praw osobistych. W tym ostatnim należy upatrywać fundamentalnej różnicy wobec wywodzącej się ze szkoły utylitarystycznej koncepcji copyright, zgodnie z którą przyznanie autorowi dzieła wiązki uprawnień jest wyrazem uznania społeczeństwa dla twórcy za jego wysiłek i jednocześnie środkiem motywującym do dalszej pracy. Zgodnie z tradycją droit d’auteur, dzieło stanowi odbicie osobowości twórcy, co legitymizuje stworzenie ochrony dla powstałej w ten sposób więzi.18 Coraz częściej jednak określa się osobiste prawa autorskie mianem reliktu przeszłości,19 „czynnika szkodliwego dla obrotu prawami majątkowymi”,20 wreszcie okoliczności stanowiącej hamulec szeroko zakrojonych planów ekspansji digitalnej.21

skazując umowy ghostwritingowe na nieważność pomija się okoliczność, że prawo autorskie jest wybitnie elastycznym systemem uregulowań, który – jak żaden inny obszar prawa – wykazuje szczególną wrażliwość na postęp nauki i techniki.30 Należy zatem postawić pytanie, jakie znaczenie i jaki sens – prócz być może doktrynalnej słuszności – ma roztaczanie paternalistycznej ochrony nad twórcą, często wręcz wbrew jego żywotnym interesom i woli. Warto dostrzec, że podobny „efekt ochronny” interesów twórcy można osiągnąć z powodzeniem na płaszczyźnie obligacyjnej, wprowadzając do umów ghostwritingowych odpowiednie zapisy, które sprawią, że ghostwriter nie utraci więzi ze swym dziełem, a przy okazji zarobi na własne utrzymanie.

Dopiero na tak zarysowanym gruncie łatwo jest uchwycić specyfikę „okoliczności tworzenia przez ghostwriterów, czyli świadome i interesowne tworzenie na rzecz osoby trzeciej, nierzadko na podstawie jej ścisłych wytycznych” i wówczas też, „można śmiało założyć daleko idące poluzowanie więzów emocjonalnych łączących tych ostatnich z ich utworami”.

Nie powiem, że Autor mnie do swojej koncepcji przekonał, ale tylko dlatego że od dawna już uważałem, że pozostawanie na stanowisku uznającym nieważność umów ghostwriting’owych jest absolutnie nieżyciowe, niepraktyczne i bezcelowe. Mam wiec nadzieję, że ten artykuł także u innych wzbudzi podobne przemyślenia.

Na koniec jednak dwa minusy, choć bardzo krótkie. Po pierwsze, wiem, że nie jest to monografia, a jedynie krótki artykuł i do wszystkiego odnieść się nie można, ale mówię to tylko dlatego, że bardzo żałuję, że Autor nie odniósł się do zaprezentowanej swego czasu koncepcji prof. Sołtysińskiego, który zakwestionował pogląd, według którego uprawnienia osobiste nie mogą być przedmiotem rozporządzeń inter vivo (zob. S. Sołtysiński, Dysponowanie autorskimi uprawnieniami osobistymi, Prace z Prawa Cywilnego, Księga dla uczczenia pracy naukowej profesora Józefa Stanisława Piątowskiego, Wrocław 1985, s. 41 i n.). Biorąc pod uwagę oryginalne i ciekawe koncepcje Pana Damiana Flisaka może mogłoby coś z tego wyjść ciekawego. Aczkolwiek wypada zauważyć, że w niedawno wydanej (rok 2007) publikacji pt. Prawo do integralności utworu, Pani Anna Niżankowska pisze przykładowo tak: „można przyjąć, że również w odniesieniu do autorskich praw osobistych możliwe jest de lege lata ich obciążenie/ograniczenie przez czynność prawną polegającą na ustanowieniu na rzecz osoby trzeciej takiego prawa podmiotowego, które nie miałoby charakteru bezwzględnego, a które ograniczałoby sferę uprawnień autora. (…)Czynnością taką natomiast z pewnością nie może być – uznane przez doktrynę za dopuszczalne – zobowiązanie się autora do niewykonywania wobec określonej osoby przysługującego mu autorskiego prawa osobistego (na przykład prawa do integralności). Na mocy bowiem tej czynności nie tylko nie dochodzi do ograniczenia sfery korzystania z prawa do integralności (twórca w każdej chwili może swoje prawo wykonać, a jedyną sankcją jest ewentualna odpowiedzialność odszkodowawcza), lecz także nie jest ustanawiane na rzecz osoby trzeciej żadne prawo podmiotowe”.

Ciekawe czy taki sam pogląd miałby Pan Damian Flisak?

Drugim drobnym mankamentem jest fragment artykułu, w którym Autor stawia pytanie: na jak długi okres czasu można podjąć zobowiązania do nie korzystania z praw osobistych? Słusznie w tym miejscu zauważa bowiem, że „>>wieczne<< wyzbycie się możliwości korzystania z wymienionych uprawnień oznaczałoby w praktyce taki sam rezultat, jaki powstałby przy ich przeniesieniu lub zrzeczeniu, czego przepis wyraźnie zabrania. Ustanowienie ścisłej granicy czasowej jest zadaniem daleko przekraczającym ramy niniejszego opracowania. Z pewnością jednak ta granica czasowa nie może być zbyt odległa”. Jak widać Autor ucieka się tu trochę od odpowiedzi i to może nie byłoby jeszcze takie złe. Dalej bowiem – powołując się na literaturę niemiecką – podaje, że okres pięciu lat jest tu granicą rozsądną.

Otóż tutaj nie mogę się zgodzić. Skoro jak podkreślamy takie zobowiązanie jest świadome, celowe, obopólnie korzystne, uzasadnione zmianami w prawie autorskim we współczesnym świecie, to dlaczego miałoby to trwać w sumie stosunkowo krótko? Nieco trywializując, 5 lat to jedna kadencja prezydenta. Gdyby chciał on kandydować na kolejną, to wszyscy musieliby się wcześniej dowiedzieć, że połowy przemówień nie napisał sam, nie mówiąc o autobiografii, itp. Choć taka praktyka jest więc powszechna, nikt by nie chciał go już wybrać ponownie, mając taką wiedzę.

Ja osobiście nie widzę problemu, żeby w tak opisanej rzeczywistości, jaką proponuje Autor, można było się zobowiązać do niewykonywania praw osobistych nawet tak długo jak trwają prawa majątkowe. Z całą zaś pewnością dłużej niż 5 lat. Dodatkowo absolutnie nie można tu przyjmować jakieś sztywnej granicy. Wszystko bowiem powinno zależeć od tego jaki to utwór: czy mowa polityczna, czy sztampowy kryminał, kto to stworzył i dla kogo, czy rzeczywista twórca pozostawał np. w stosunku pracy i (zależnie lub nie od poprzedniego) w jaki sposób prawa majątkowe przeszły na uprawnionego. Itd. Wydaje się, że tego typu przesłanki mogą wpływać na długość tego typu zobowiązań, przy czym jak wspominam, według mnie powinny raczej wpływać na wydłużanie tego terminu, niż na jego skracanie.

« »