Domeny internetowe – do czego by się tu jeszcze doczepić

Odkąd zorientowano się, że sądy polubowne nie za bardzo mogą rozstrzygać spory z osobami fizycznymi, które – naruszając prawo lub nie – rejestrowały sobie różne adresy, na temat tego zagadnienia jakoś tak wszystko ucichło. Przynajmniej takie mam wrażenie, choć nie oznacza to, że nic się nie dzieje. Aż tu wczoraj czytam Rzepę i zobaczyłem upragnione słowo w tytule (domeny). Niestety już dalsza część tytułu wróżyła jakieś straszne rzeczy.

Publikacja nosiła bowiem tytuł: Biorą domeny na próbę, żeby oszukać internautów. No tak, od razu jest jasne ukierunkowanie czytelnika. Każdy internauta jest piratem, a do tego jeszcze jak zarejestruje jakąś domenę, to na pewno jest też oszustem. W dalszej części tekstu jest jeszcze gorzej, przynajmniej do jakiegoś momentu.

Generalnie opis podany w gazecie dotyczy możliwości rejestracji domen internetowych na próbę. Na pięć dni i za darmo. W sumie wydaje się, że super pomysł. Ale niekoniecznie. Jak podaje bowiem cytowany przez Rzeczpospolitą Pan Marcin Fijałkowski, rzecznik patentowy w kancelarii Baker & McKenzie, taka możliwość może być wykorzystana do niecnych (a jakże!) celów, jakich? – Chociażby do podszywania się pod konkurencję. Wiedząc, jakie błędy najczęściej popełniają internauci, można pod domeną podobną do nazwy znanej marki umieścić stronę WWW z ofertą innej firmy – mówi Fijałkowski. Jego zdaniem służyć to może wręcz do działalności przestępczej, np. do phishingu i pharmingu (patrz ramka). Pod wyselekcjonowanym w czasie testów adresem WWW przestępca może umieścić stronę internetową łudząco przypominającą np. witrynę banku, po to, aby w ten sposób wyciągnąć od klienta jego dane, takie jak login czy hasło. Oczywiście może to zrobić również bez testowania danej domeny, tyle że w ten sposób zwiększa swą skuteczność.

Na szczęście studzi te złowieszcze groźby inny cytowany prawnik – mec. Xawery Konarski z kancelarii Traple Konarski Podrecki, który uważa, że sama możliwość testowania domen nie jest- co do zasady – niczym złym. Porównałbym to do sondażowych badań, jak potencjalni klienci zareagują na nowy produkt. Ich wyniki można wykorzystać również w złych celach, ale przecież to nie znaczy, że mamy zakazywać ich prowadzenia – uważa adwokat.

Całe szczęście, że gazeta zacytowała też mec. Konarskiego, niemniej jednak jakieś takie niedobre wrażenie w całej sprawie pozostaje. No cóż, tak to jest, że lepiej straszyć i jakoś tak, przez przypadek, lepiej lansować wizję jednej ze stron. Ja tego nie lubię tak generalizować, bo w swojej praktyce często staje tak po jednej, jak i po drugiej stronie. Ale choćby w działalności publicystycznej dobrze jednak jakoś bardziej równoważyć te wypowiedzi i może częściej przedstawiać inne poglądy.

Ja sam w tym temacie, bardzo polecam artykuł Pana Karola Dobrzenieckiego, pt. Adresy internetowe a ochrona prawa konsumenta do informacji („Rzecznik Patentowy” nr 3-4 (50-51) z roku 2006, s. 106 i n.). Pan Karol pisze tam m.in. tak:

Według innego poglądu domeny pełnią rolę protokołu adresowego wskazującego przede wszystkim położenie informacji na określony temat, a już niekoniecznie informujące o podmiocie, który kryje się za adresem domenowym i dalej, co jest moim ulubionym fragmentem, z którym w pełni się zgadzam: [w] świecie materialnym funkcje identyfikującą określony podmiot (sprzedawcę, producenta) spełniają np. szyldy sklepowe czy metki na markowych ubraniach, funkcję adresową – tabliczki z nazwami miejscowości, ulicy lub numerem domu. O ile prawo chroni przed użyciem znaku towarowego przez osobę nieuprawnioną, to na ogół nie ingeruje ono w proces oznaczania lokalizacji. Nikogo nie spotka dolegliwość na podstawie prawa własności intelektualnej, jeżeli ogłosi, że np. określony sklep znajduje się „tuż za hipermarketem Geant w Toruniu”, mimo że nazwa Geant jest zastrzeżona. Rozumowanie można przenieść na grunt Internetu (…).

« »